RSS
środa, 11 września 2013
lęk jak magnes
albo o przyciąganiu złego

w posiadanym przez nas mechanizmie gojenia jest zakodowane oczekiwanie zranienia, spuścizna po przodkach, którzy mechanizm ten wykształcili w trosce o naszą przeżywalność- pisze Jean Liedloff, autorka 'W głębi kontinuum'.

na mojej ścieżce nad rzeką stanął kiedyś onanista, zadając blamaż pięknym doświadczeniom transu i odpoczynku w relaksujących biegach, z którymi dotąd ją kojarzyłam. to była rana, z której boleśnie zaczęły się sączyć frustracja i bezsilność (zaraz po tym, jak minął szok). wokół nie było nikogo, kiedy się oddalałam, zalała mnie fala wściekłości. także dlatego, że nie odważyłam się nic zrobić. oddałam moją ścieżkę walkowerem. potem każdorazowo wchodząc na nią przychodził do mnie wraz z nieprzyjemnym dreszczem flesz tego wspomnienia.

a kiedy pod wpływem życiowych wydarzeń chwilowo utraciłam stabilność, lęk wrócił w nasileniu znacznym, paraliżując niemal całkiem moje ciało. i na tamtym spacerze on pojawił się znowu. inny już onanista, zaczepiał mnie i prowokował z brzegu. a ja tylko przyspieszyłam kroku, uciekłam. znowu. 

napięcie opadło w dalszej części spaceru, kiedy wokół na powrót zawitała otwarta przestrzeń i ludzie. lęk został gdzieś za mną a ja pomyślałam, jak ogromną ma moc. przemawia przez moje ciało i spojrzenie do rzeczywistości wołając prowokacyjnie 'no chodź, wyjdź z ukrycia nieszczęście ty, stań do równej walki'. i kiedy licho wywołane się pojawia, ja zwiewam przerażona.

tak właśnie jest w lęku zakodowane oczekiwanie nieszczęścia. chyba warto sobie z nim pogadać przed wyjściem z domu. inaczej pozostaje tylko skulić ogon i brać nogi za pas.

20:30, my.sami
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 lipca 2013
udana medytacja
albo zmiana perspektywy

lubię te momenty podczas i po medytacji, kiedy spływa na mnie rodzaj jasnej i lekkiej energii. kiedy każdy nowy oddech masuje mnie tą pozytywną jakością a ukołysane do snu myśli pozwalają na bycie w tej pięknej pustce. to stan błogości na tu i teraz ale też motywacja, by raz następny zasiąść do medytacji.

aż tu zastanowienie nowe, przeformułowanie przyniósł mi pan Bodhipaksza pisząc, że udana medytacja to wcale nie ta przyjemna, która odbywa się bez przeszkód. a bardziej ta, w której POMIMO przeszkód potrafimy zawracać bez zbytniego zniechęcenia do oddechu. bez oceniania tego, co przychodzi (galopujących myśli, niezbyt przyjemnych emocji etc) - ze zgodą na to wszystko i... powrotem do oddechu...

ta prosta redefinicja wywraca mi wszystko do góry nogami. no bo może rzeczywiście w życiu nie chodzi o to, by wszystko szło płynnie, bezboleśnie i bez przeszkód - próżno szukać tego ciągłego flow. może czas przestać karmić złudzenia w tym permanentnym stanie upatrując celu i sensu.

czyli że chodziłoby o to, żeby w momencie spotkania z przeszkodą, trudnością, zakłócaczem błogostanu - zaakceptować go nie tracąc uważności. 

żeby zwyczajnie oddychać i pozwolić być temu, co jest.


więcej pana Bodhipakszy poczytać można tutaj: http://polski.wildmind.org/

11:12, my.sami
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 lipca 2013
rozczarowanie
albo zgoda na potrzeby

nie jest łatwo doświadczać emocji. szczególnie tych, które z założenia wpisuję na czarną listę: frustracja, rozczarowanie, żal, złość. buddyjsko medytacyjne eksploracje pozwoliły, bym stworzyła sobie utopijną (póki co?) wizję całkowitego uwolnienia od nich, doświadczenia jedynie jasnej i przyjaznej energii.

i tu paradoks, bo zauważyłam, że im bardziej się wzbraniam i nie daję im dojść do głosu, tym bardziej dotkliwie ich doświadczam. bo wdzierają się siłą. i niszczą (wiarę, spokój, status quo).

więc kiedy ostatnio doświadczyłam głębokiego rozczarowania postanowiłam go nie odtrącać, a właśnie zaprosić na pogaduchy. i o ile przed tym spotkaniem wyrzucałam sobie, że 'znowu', że to 'niestosowne', że jestem 'taka i siaka', to po rozmowie z moim rozczarowaniem odkryłam coś bardzo ważnego.

że POTRZEBUJĘ docenienia i uznania, pozostaję nienasycona w pozytywnym odzwierciedleniu ze świata. ba, kiedy już popołudniem jakimś spokojniejszym usiadłam na kanapie w swoim tylko towarzystwie zakwitła we mnie piękna myśl. 

mam prawo potrzebować.
mam prawo przeżywać i być rozczarowana.

i to mnie uwolniło.

12:42, my.sami
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 kwietnia 2012
widmokrąg
albo czytając w podróży

no coś się we mnie poruszyło, niewątpliwie. najpierw w strony całkiem przeze mnie pożądane, dwójnasób to słowo pojmując. a potem, jakby miał Kuczok tą pewność, że wystarczy mi kilkadziesiąt stron by dorosnąć do tego, co zapisał dalej. obezwładnił w dybach przewrotnych prawd o życiu.

właściwie o życioumieraniu, bo kłopotem okazało się rozdzielenie tych zjawisk. jeśli są dwa, zawsze jest jakieś dramatyczne albo albo (brrrrr...!). no i rywalizują ze sobą niepotrzebnie, o czas.

tymczasem próbuję dojść do źródła mojego wewnętrznego dąsu, którego efektem ten bezwład. chyba chodzi właśnie o to pomiędzy, kiedy ani żyjesz ani umierasz. taki przedsionek zwykle oznacza, że masz do wyboru dwoje drzwi - wejście lub wyjście. gorzej, jeśli wybierasz właśnie przedsionek (taki nie-wybór). albo po to, by ktoś cię popchnął w stronę wyjścia (uhhh, prowokujesz by cię uderzyć drzwiami!), albo by stać tam po prostu i płakać (najlepiej bezgłośnie, bo wtedy łatwiej cię pominąć).

no i znalazłam, tu oto się buntuję, wyplątuję ręce z Kuczokowego zdybania. zgody nie mam, by z tego przedsionka odbierał mi ktoś moc swoim nie-wyborem. wysługiwał się mną i przemocą przemoc mi wciskał (bo to moja ręka otworzy te drzwi) czy zamazywał bezgłośną łzą malowany przeze mnie przez lata obraz rzeczywistości. 

ze świata pomiędzy nie ma już dla człowieka ratunku.


00:26, my.sami
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 stycznia 2012
bieganie
albo oddech życia

najbardziej lubię ten moment, kiedy czuję jak w moich wiecznie zimnych dłoniach i stopach zaczyna pulsować gorąca krew. czuję nieme odgłosy tętniącego we mnie życia.

wraca do mnie często zapach podwórka z dziecinnych czasów. zapach rozbieganych wieczorów wczesnego lata, kręcenia się na rowerze tu i tam. zapach przygody i przyjaznego zmroku. oddechu życia.

pozwalam mojemu sercu bić mocniej, nie przestraszam się jak zwykle, nie owijam go od razu w bandaże troski i gipsy nadopiekuńczości. i kiedy serce czuje, że krzywda mu się nie dzieje, z wdzięcznością zwraca się ku mnie radosnym biciem. stajemy się wspaniałym teamem, łączy nas oddech. z każdym haustem powietrza stajemy się sobie bliżsi.

i kiedy tak łagodnie biegnę przed siebie, nie boję się życia.

20:03, my.sami
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 kwietnia 2011
tango
albo zaufanie do

prowadzisz, czy dajesz się prowadzić?
wszędzie u podstaw zaufanie. w pierwszym przypadku do siebie - odwaga do podążania własnym krokiem, do wyrażania siebie. kiedy dajesz się prowadzić sztuka niemniej trudna - zaufać komuś. wsłuchać się w jego ciało, podążać za tym, co proponowane.

jak zaufać? jak dać się bezpiecznie poprowadzić? nie oglądać się za siebie a jednocześnie wiedzieć, że Twoje plecy są bezpieczne.

bo w tangu jak w życiu.
można podeptać palce, albo zostać podeptanym. każdy krok przynosi takie ryzyko. ale można też płynąć, wznosić się i opadać, w zaufaniu i wspólnych doznaniach.

jeśli jest odwaga by prowadzić, jest też ryzyko nieuważności na drugą stronę, chodzenia w swoim tempie i w swoim kierunku. nie spotkania się, mimo bycia w uścisku. a jeśli jest odwaga by dać się prowadzić jest ryzyko sporej niewygody, jeśliś tylko biernym lustrem dla prowadzącego...

follow the invitation or better go away.

tylko jak mam zaufać?
jak mogę dać się zauważyć w tym tanecznym uścisku?
jak zaistnieć w byciu prowadzonym?
17:33, my.sami
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 kwietnia 2011
radżasowo, satwicznie czy tamasowo?
albo pytanie, jak tworzysz swoje życie?

niby mowa o różnych stanach skupienia - rozluźnienia czy bierności ciała, ale też dobra inspiracja, by na chwilę zatrzymać się z ważnym pytaniem o własne życie.

radżasowo, znaczyłoby w naprężeniu, w gotowości, w stanie czuwania. cudowny stan bycia w działaniu, w poczuciu sprawczości, doświadczeniu wiatru we włosach (i żaglach), to znów własnych ograniczeń - zmęczenia, przeciążenia... bycie w blokach startowych, które sprawiają, że siła rozpędu jest ogromna - można biec szybciej, dynamiczniej, uważniej niż...

niż satwicznie. w stanie relaksu, wyłączania głowy, dawania mięśniom odpoczynku. bycia w najbardziej naturalnych i wygodnych dla siebie pozycjach, zamieniając się w oddech. wędrując po swoim ciele zuchwale świadomością. taką wyciszoną, przy nocnej lampce. taki stan, który swobodnie przechodzi w błogi sen.

no i właśnie, tu dochodzimy do sedna, bo jest jeszcze opcja tamasu. toporności, bezładu, chaosu, które nadel często mylone są z prawdziwym relaksem. taki niby odpoczynek - dzień wolny, w którym myśli mają szansę pędzić jeszcze szybciej, robiąc większe niż zwykle pętle. to stan rozmemłania i poczucia wewnętrznego wstrętu. do siebie, do świata...

i tu pytanie - jak rozróżnić stan satwiczny od tamasowego?
o ile łatwo zobaczyć różnicę w spędzaniu wakacji na cichym odludziu i na przeludnionej plaży miejskiej, o tyle z relaksem nie jest już tak prosto. z zewnątrz niczym się nie różnią. chwila przestoju. pytanie: z pustą czy przepełnioną głową? z brakiem planu czy ze szczegółowym harmonogramem, przy którym szarpiemy się, żeby go sumiennie zrealizować? na siłę w wyznaczonych ramach, czy swobodnie, w zgodzie ze sobą?

niby cienka granica między tamasem a stanem satwicznym. jednak zamiana jednego na drugi wydaje mi się ogromnie trudna. pytanie, czy w ogóle osiągalna (mówiąc ogólnie) na zachodzie lub (mówiąc konkretniej) przy takim trybie życia, jaki prowadzimy...
22:44, my.sami
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 kwietnia 2011
walka
albo albo

nie szukam uzasadnień.
nie chcę tłumaczyć niczego, co było i co jest. i siebie nie chcę tłumaczyć z poczucia własnej niewystarczalności. chcę tylko dać emocjom należną uwagę, pozwalając im wydarzać się takimi, jakie są. jeśli to mój drogowskaz, najwyższa pora zacząć przyglądać się znakom.

intuicja ciała nie zawiodła. w tym pierwszym dotyku znalazłam uczucie pełni, jak wtedy gdy wraca się do dobrego domu zostawiając za progiem wszystkie troski. znalazłam spokój i ukojenie, ukołysana w sinlych ramionach jak w zapachu wieczornej wiosny na bujanym fotelu. stałam się też krucha i delikatna, a ciepło jego skóry wprowadziło mnie w poczucie bezpieczeństwa, za którym tęsknię od lat. czułam, że to On. bez wątpliwości, zatopiona w tym dobrym ze wszechmiar doświadczeniu.

zaraz jednak pojawił się również cień, stały towarzysz światła, których to świat od dawna próbuje rozwieść, by czerpać świetlaną najlepszość.
z dotykiem, który naraz stał się mocny i zdecydowany poczułam, że znikam. tak jakby patrzył przeze mnie, czy widział tylko moje fragmenty. stałam się pomysłem na urozmaicenie momentu, dodatkiem do przyjemności. jak słodki batonik, który poprawia humor na chwilę i to jego jedyna tożsamość. inaczej nikogo nie obchodzi, szczególnie kiedy człowiek syty i zadowolony.

i w tym miejscu wydarza się moja największa batalia, między 'to On', 'zależy mi' a 'uważaj na siebie'. w zastępach drużyny "dla Niego" występują całe rzesze moich z siebie niezadowoleń - 'niewystarczająco dobra, ładna, interesująca'. do tego jeszcze oddziały kryształowych schematów - kobiecej zależności, miłości na którą trzeba zasłużyć, połykania złości, której nie do twarzy z miłością. i wzorcowa drużyna 'kobiet najlepszych do kochania' - bezproblemowych, oddanych, zadbanych...

a armia, która próbuje stawić im czoła? pod sztandarem 'dla Siebie' koślawe i zdziesiątkowane hermafrodyty - zbuntowane feministki w koszulkach z napisem 'szanuj siebie', 'twoje ciało jest świątynią', 'masz prawo do granic', 'uszanuj swoje emocje'. za nimi pododdział przestraszonych dzieci, które zamiast transparentów w krzyku rozpaczy przynoszą przekaz o strachu, lęku i innych strasznościach z zamglonej przeszłości. z tego krzyku doświadczeń ze złym dorosłym wybrzmiewa rytmiczne 'stop', 'nigdy więcej', 'dość'. a na koniec wlecze się jeszcze za nimi zastęp wspomnień o tym, jaka potrafię być silna, kiedy mi nie zależy - wspomnień własnej stabilności, zadowolenia i bezpieczeństwa...

i nagle fotel bujany staje się balansowaniem między głębokim ukłuciem w brzuchu przy wychyleniu w tył - w otwarciu, z bezbronnym brzuchem, niestabilnie. szala walki przechyla się w stronę 'dla Niego', by zaraz potem spocząć w łagodnym skuleniu, bezpiecznym embrionie, w którym brzuch miękko spoczywa w zagłębieniu ciała, schowany w bezpiecznym uścisku 'dla Siebie'

'dla Niego'
'dla Siebie'
...

pachnie wiosną.
16:40, my.sami
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 kwietnia 2011
rozpacz
albo wewnętrzne implozje

mam kolejne fragmenty układanki. nową jakość emocji, odpamiętaną w końcu po tylu latach, bardzo moją, bardzo prawdziwą.
znalazłam w sobie prawdę po moich dziecięcych wybuchach, po wyciu i wiciu się, bezgłośnym, nieporuszonym. dostrzegalnym tylko od wewnątrz.
znalazłam garść starych piosenek o smutku, miłościach niespełnionych, poczuciu uwięzienia. cała ja, cały mój świat.

ile trzeba mieć siły dziecięcej, żeby upchnąć gdzieś głęboko tą rozpacz? i gdzie wewnątrz ja ją pomieściłam - gdzie się rozlała, co zniszczyła, co pozostawiła? moje bycie 'naokoło' to nic innego jak ciągłe chronienie tego wrzącego miejsca, szukanie ścieżek, dzięki którym mogłabym je obejść. szczególnie w towarzystwie innych ludzi.

podziw dla tej dziecięcej siły. wzruszenie i pochylenie nad tą małą dziewczynką, która tyle trudu wsadziła w to, by nie zdemaskować najbardziej bolących miejsc. ciepły dorosły uścisk dla małej istoty, zalęknionej, samotnej, zrozpaczonej...

są ścieżki do mojego świata całkiem zamknięte. póki co kobiecą piersią pomogę chronić małej dziewczynce te miejsca. będę tą, która przyjdzie na zawołanie, które tylko do wewnątrz... tą która będzie. mądrze będzie.
12:50, my.sami
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 marca 2011
dostęp do mojego świata

albo o wypożyczaniu cudzych oczu

z refleksji zrodziło się kilka pytań, które zdaje się zbyt szybko z żadną z odpowiedzi zaprzyjaźnić się nie zechcą.

jak dalece można zaprosić kogoś do swojego świata? gdzie jest granica albo wolność możliwości poznania cudzego i podzielenia się własnym? dokąd mogę a dokąd chcę zaprosić?

i przemyślenia dotyczące relacji - jak one się mają do tych dwóch odrębnych światów? czy dobra relacja jest równoznaczna z uwspólnianiem światów? a może wręcz przeciwnie - światy pozostają odrębne a jedyne w czym można się spotkać to wspólne budowanie nowej jakości... w przenikaniu obu światów...

bo tu po raz kolejny doświadczam rozdźwięku między swoją intencją a postrzeganiem moich działań przez inną parę oczu. tak cenne wydaje mi się ich wypożyczanie. z zadziwieniem słucham, że drzwi otwarte przeze mnie na oścież (w intencji) nadal pozostawiają gości poza progiem i ze słabym wyobrażeniem tego, co u mnie w środku.

i co zrobić z tą rozbieżnością? pozostawić intencje i wzmonić działania czy może uadekwatnić intencje - pozostawić swój świat samemu sobie i spotykać się z innymi w progu...?

17:56, my.sami
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2