RSS
czwartek, 12 stycznia 2012
bieganie
albo oddech życia

najbardziej lubię ten moment, kiedy czuję jak w moich wiecznie zimnych dłoniach i stopach zaczyna pulsować gorąca krew. czuję nieme odgłosy tętniącego we mnie życia.

wraca do mnie często zapach podwórka z dziecinnych czasów. zapach rozbieganych wieczorów wczesnego lata, kręcenia się na rowerze tu i tam. zapach przygody i przyjaznego zmroku. oddechu życia.

pozwalam mojemu sercu bić mocniej, nie przestraszam się jak zwykle, nie owijam go od razu w bandaże troski i gipsy nadopiekuńczości. i kiedy serce czuje, że krzywda mu się nie dzieje, z wdzięcznością zwraca się ku mnie radosnym biciem. stajemy się wspaniałym teamem, łączy nas oddech. z każdym haustem powietrza stajemy się sobie bliżsi.

i kiedy tak łagodnie biegnę przed siebie, nie boję się życia.

20:03, my.sami
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 kwietnia 2011
tango
albo zaufanie do

prowadzisz, czy dajesz się prowadzić?
wszędzie u podstaw zaufanie. w pierwszym przypadku do siebie - odwaga do podążania własnym krokiem, do wyrażania siebie. kiedy dajesz się prowadzić sztuka niemniej trudna - zaufać komuś. wsłuchać się w jego ciało, podążać za tym, co proponowane.

jak zaufać? jak dać się bezpiecznie poprowadzić? nie oglądać się za siebie a jednocześnie wiedzieć, że Twoje plecy są bezpieczne.

bo w tangu jak w życiu.
można podeptać palce, albo zostać podeptanym. każdy krok przynosi takie ryzyko. ale można też płynąć, wznosić się i opadać, w zaufaniu i wspólnych doznaniach.

jeśli jest odwaga by prowadzić, jest też ryzyko nieuważności na drugą stronę, chodzenia w swoim tempie i w swoim kierunku. nie spotkania się, mimo bycia w uścisku. a jeśli jest odwaga by dać się prowadzić jest ryzyko sporej niewygody, jeśliś tylko biernym lustrem dla prowadzącego...

follow the invitation or better go away.

tylko jak mam zaufać?
jak mogę dać się zauważyć w tym tanecznym uścisku?
jak zaistnieć w byciu prowadzonym?
17:33, my.sami
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 kwietnia 2011
radżasowo, satwicznie czy tamasowo?
albo pytanie, jak tworzysz swoje życie?

niby mowa o różnych stanach skupienia - rozluźnienia czy bierności ciała, ale też dobra inspiracja, by na chwilę zatrzymać się z ważnym pytaniem o własne życie.

radżasowo, znaczyłoby w naprężeniu, w gotowości, w stanie czuwania. cudowny stan bycia w działaniu, w poczuciu sprawczości, doświadczeniu wiatru we włosach (i żaglach), to znów własnych ograniczeń - zmęczenia, przeciążenia... bycie w blokach startowych, które sprawiają, że siła rozpędu jest ogromna - można biec szybciej, dynamiczniej, uważniej niż...

niż satwicznie. w stanie relaksu, wyłączania głowy, dawania mięśniom odpoczynku. bycia w najbardziej naturalnych i wygodnych dla siebie pozycjach, zamieniając się w oddech. wędrując po swoim ciele zuchwale świadomością. taką wyciszoną, przy nocnej lampce. taki stan, który swobodnie przechodzi w błogi sen.

no i właśnie, tu dochodzimy do sedna, bo jest jeszcze opcja tamasu. toporności, bezładu, chaosu, które nadel często mylone są z prawdziwym relaksem. taki niby odpoczynek - dzień wolny, w którym myśli mają szansę pędzić jeszcze szybciej, robiąc większe niż zwykle pętle. to stan rozmemłania i poczucia wewnętrznego wstrętu. do siebie, do świata...

i tu pytanie - jak rozróżnić stan satwiczny od tamasowego?
o ile łatwo zobaczyć różnicę w spędzaniu wakacji na cichym odludziu i na przeludnionej plaży miejskiej, o tyle z relaksem nie jest już tak prosto. z zewnątrz niczym się nie różnią. chwila przestoju. pytanie: z pustą czy przepełnioną głową? z brakiem planu czy ze szczegółowym harmonogramem, przy którym szarpiemy się, żeby go sumiennie zrealizować? na siłę w wyznaczonych ramach, czy swobodnie, w zgodzie ze sobą?

niby cienka granica między tamasem a stanem satwicznym. jednak zamiana jednego na drugi wydaje mi się ogromnie trudna. pytanie, czy w ogóle osiągalna (mówiąc ogólnie) na zachodzie lub (mówiąc konkretniej) przy takim trybie życia, jaki prowadzimy...
22:44, my.sami
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 kwietnia 2011
walka
albo albo

nie szukam uzasadnień.
nie chcę tłumaczyć niczego, co było i co jest. i siebie nie chcę tłumaczyć z poczucia własnej niewystarczalności. chcę tylko dać emocjom należną uwagę, pozwalając im wydarzać się takimi, jakie są. jeśli to mój drogowskaz, najwyższa pora zacząć przyglądać się znakom.

intuicja ciała nie zawiodła. w tym pierwszym dotyku znalazłam uczucie pełni, jak wtedy gdy wraca się do dobrego domu zostawiając za progiem wszystkie troski. znalazłam spokój i ukojenie, ukołysana w sinlych ramionach jak w zapachu wieczornej wiosny na bujanym fotelu. stałam się też krucha i delikatna, a ciepło jego skóry wprowadziło mnie w poczucie bezpieczeństwa, za którym tęsknię od lat. czułam, że to On. bez wątpliwości, zatopiona w tym dobrym ze wszechmiar doświadczeniu.

zaraz jednak pojawił się również cień, stały towarzysz światła, których to świat od dawna próbuje rozwieść, by czerpać świetlaną najlepszość.
z dotykiem, który naraz stał się mocny i zdecydowany poczułam, że znikam. tak jakby patrzył przeze mnie, czy widział tylko moje fragmenty. stałam się pomysłem na urozmaicenie momentu, dodatkiem do przyjemności. jak słodki batonik, który poprawia humor na chwilę i to jego jedyna tożsamość. inaczej nikogo nie obchodzi, szczególnie kiedy człowiek syty i zadowolony.

i w tym miejscu wydarza się moja największa batalia, między 'to On', 'zależy mi' a 'uważaj na siebie'. w zastępach drużyny "dla Niego" występują całe rzesze moich z siebie niezadowoleń - 'niewystarczająco dobra, ładna, interesująca'. do tego jeszcze oddziały kryształowych schematów - kobiecej zależności, miłości na którą trzeba zasłużyć, połykania złości, której nie do twarzy z miłością. i wzorcowa drużyna 'kobiet najlepszych do kochania' - bezproblemowych, oddanych, zadbanych...

a armia, która próbuje stawić im czoła? pod sztandarem 'dla Siebie' koślawe i zdziesiątkowane hermafrodyty - zbuntowane feministki w koszulkach z napisem 'szanuj siebie', 'twoje ciało jest świątynią', 'masz prawo do granic', 'uszanuj swoje emocje'. za nimi pododdział przestraszonych dzieci, które zamiast transparentów w krzyku rozpaczy przynoszą przekaz o strachu, lęku i innych strasznościach z zamglonej przeszłości. z tego krzyku doświadczeń ze złym dorosłym wybrzmiewa rytmiczne 'stop', 'nigdy więcej', 'dość'. a na koniec wlecze się jeszcze za nimi zastęp wspomnień o tym, jaka potrafię być silna, kiedy mi nie zależy - wspomnień własnej stabilności, zadowolenia i bezpieczeństwa...

i nagle fotel bujany staje się balansowaniem między głębokim ukłuciem w brzuchu przy wychyleniu w tył - w otwarciu, z bezbronnym brzuchem, niestabilnie. szala walki przechyla się w stronę 'dla Niego', by zaraz potem spocząć w łagodnym skuleniu, bezpiecznym embrionie, w którym brzuch miękko spoczywa w zagłębieniu ciała, schowany w bezpiecznym uścisku 'dla Siebie'

'dla Niego'
'dla Siebie'
...

pachnie wiosną.
16:40, my.sami
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 kwietnia 2011
rozpacz
albo wewnętrzne implozje

mam kolejne fragmenty układanki. nową jakość emocji, odpamiętaną w końcu po tylu latach, bardzo moją, bardzo prawdziwą.
znalazłam w sobie prawdę po moich dziecięcych wybuchach, po wyciu i wiciu się, bezgłośnym, nieporuszonym. dostrzegalnym tylko od wewnątrz.
znalazłam garść starych piosenek o smutku, miłościach niespełnionych, poczuciu uwięzienia. cała ja, cały mój świat.

ile trzeba mieć siły dziecięcej, żeby upchnąć gdzieś głęboko tą rozpacz? i gdzie wewnątrz ja ją pomieściłam - gdzie się rozlała, co zniszczyła, co pozostawiła? moje bycie 'naokoło' to nic innego jak ciągłe chronienie tego wrzącego miejsca, szukanie ścieżek, dzięki którym mogłabym je obejść. szczególnie w towarzystwie innych ludzi.

podziw dla tej dziecięcej siły. wzruszenie i pochylenie nad tą małą dziewczynką, która tyle trudu wsadziła w to, by nie zdemaskować najbardziej bolących miejsc. ciepły dorosły uścisk dla małej istoty, zalęknionej, samotnej, zrozpaczonej...

są ścieżki do mojego świata całkiem zamknięte. póki co kobiecą piersią pomogę chronić małej dziewczynce te miejsca. będę tą, która przyjdzie na zawołanie, które tylko do wewnątrz... tą która będzie. mądrze będzie.
12:50, my.sami
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 marca 2011
dostęp do mojego świata

albo o wypożyczaniu cudzych oczu

z refleksji zrodziło się kilka pytań, które zdaje się zbyt szybko z żadną z odpowiedzi zaprzyjaźnić się nie zechcą.

jak dalece można zaprosić kogoś do swojego świata? gdzie jest granica albo wolność możliwości poznania cudzego i podzielenia się własnym? dokąd mogę a dokąd chcę zaprosić?

i przemyślenia dotyczące relacji - jak one się mają do tych dwóch odrębnych światów? czy dobra relacja jest równoznaczna z uwspólnianiem światów? a może wręcz przeciwnie - światy pozostają odrębne a jedyne w czym można się spotkać to wspólne budowanie nowej jakości... w przenikaniu obu światów...

bo tu po raz kolejny doświadczam rozdźwięku między swoją intencją a postrzeganiem moich działań przez inną parę oczu. tak cenne wydaje mi się ich wypożyczanie. z zadziwieniem słucham, że drzwi otwarte przeze mnie na oścież (w intencji) nadal pozostawiają gości poza progiem i ze słabym wyobrażeniem tego, co u mnie w środku.

i co zrobić z tą rozbieżnością? pozostawić intencje i wzmonić działania czy może uadekwatnić intencje - pozostawić swój świat samemu sobie i spotykać się z innymi w progu...?

17:56, my.sami
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 marca 2011
(nie)bezpieczeństwo
albo relacja z podróży

pytają mnie ludzie o moją podróż - co widziałam, czego doświadczyłam i co przywożę. a moją pamiątką jest spora garść myśli splątanych ze sobą.

główna z nich dotyczy mocnego dotknięcia swoich granic i poczucia bezpieczeństwa. w intensywnej pracy z ciałem okazało się, że systematyczność i koncentracja to nie wszystko. że jest coś pod spodem, pod koścem i stertą mięśni, ważniejsze sto razy. coś, czego powyższe bronią kuląc się i spinając. coś niefizycznego, ale bardzo bolesnego w dotyku. nawet jeśli dotykam tylko myślą.

znalazłszy się więc tak daleko od domu z pierwszego zachwytu pozostał końcowy lęk. paradoksalnie o własne życie, egzystencjalny skurcz. znalazłam się tuż przed jakimś progiem, spanikowana, bez ujścia dla myśli i emocji.

tam, przed progiem, zrodziło się pytanie o moje poczucie bezpieczeństwa. czy w ogóle potrafię znaleźć je wewnątrz siebie. bo zachciało mi się znów szukać męskiego ramienia - czegoś, czym pozbywam się wewnętrznego drżenia i lęku, czym likwiduję objaw zagłuszając rozjuszoną przyczynę.

moja utopijna wizja stałego poczucia bezpieczeństwa (niezależnie od okoliczności) dzisiaj się trochę zachwiała, tak jak i poczucie to jest u mnie zachwiane. że niby to tylko stan o różnym natężeniu, przejściowy, ale oparty o solidny fundament samoświadomości.

i nie wiem, jak to połączyć.
jak sprawić, żebym mogła z odwagą i trochę mniej zapadniętą klatką piersiową wyjść naprzeciw temu, czego jeszcze nie znam?
21:44, my.sami
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 marca 2011
o Nim
albo raczej o wewnętrznych paradoksach

przecież przestałam już błądzić myślami po wspólnym. nie tęskniłam, odeszłam najdalej jak mogłam. a i owszem, przyszła wolność, tak mogę nazwać brak ukłucia zazdrości i ciepłą radość niespodziewanego spotkania.

to uczucie, gdy nagle przypomniałam sobie coś, w czym tak bardzo chcę zatonąć od zawsze. bezpieczną bliskość, głębię i spokój. tak szybko jak przyszły, zdążyła je dogonić tęsknota. tęsknota za tym zanurzeniem.

i myśli, które naraz stanęły do walki. jedna, napędzana tęsknotą i podległa temu przypadkowemu uniesieniu. uwiedziona zapachem, albo raczej tym, jak pachnie bezpieczna głębia, wyobrażeniem tego doświadczenia. szept, że właśnie tutaj jestem u siebie.

i kontrmyśl, tuż za nią, że przecież już tyle razy nam się nie udało, wspomnienie o tym, jak głębia zamienia się w niebezpieczne odmęty, w których się zatracam, ocierając ciałem o wystające z niej przedmioty. boli i dręczy.

On. nie ten prawdziwy (chyba), ale tak jak buduje go moja fantazja. obraz sprzeczny i naładowany tyloma emocjami. zamknięta historia? czy może tylko przymknięte drzwi. nadal do wewnątrz.

chcę podejść bliżej. odchodziłam tak długo i najdalej, jak potrafiłam. wystarczyło jedno spojrzenie za siebie - zobaczyłam, nie odeszłam zbyt daleko.

chcę odejść dalej.
21:31, my.sami
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 marca 2011
przerwa w pracy umysłu...
...tym jest joga według Patandżalego (chitta-vrtti-nirohdah).

będąc już niemal 3 lata na tej ścieżce mój umysł ciągle gna przed siebie bez zapamiętania. galopuje przez słoneczne łąki, to znów błądzi w myślowej dżungli. rzadko odpoczywa, jakby ciągle niezaspokojony tym, co dotąd.

dlatego szukam kompromisu a blog niech będzie miejscem mojego wewnętrznego dogadania. z szacunkiem podejdę do różnych podsuwanych przez umysł myśli, niech nie giną, przelane tutaj. a może i umysł znajdzie w tym sposób na porządkowanie...

i pozwoli sobie na zasłużoną przerwę w pracy :)
10:29, my.sami
Link Dodaj komentarz »